
W ostatnią sobotę, 1 maja, pod opieką naszych nauczycieli: pani G. Oliwy oraz panów M. Gajewskiego i S. Lasoty, udaliśmy się na wycieczkę rowerową w okolice Gostynina.
Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy przy stacji kolejowej PKP w Gostyninie, ul. Słowackiego, byliśmy pełni entuzjazmu i ciekawi wrażeń. Przejechaliśmy wzdłuż torów kolejowych w kierunku północno-wschodnim. „Zauroczeni” stanem drogi (nierówna, mnóstwo dziur i kałuż) dotarliśmy do stadionu gostynińskiego. Mimo, iż zachęcał nas widok boiska i kortów tenisowych, przejechaliśmy obok tych wspaniałych obiektów sportowej architektury.

Wjechaliśmy do lasu, który znajduje się po drugiej stronie ul. Płockiej, ten odcinek drogi był niestety również dość uciążliwy, wyboisty i błotnisty. Za lasem skręciliśmy w prawo i przez chwilę upajaliśmy się jazdą po równej, asfaltowej szosie, minęliśmy kompleks dość szarych i nieciekawych budynków mieszkalnych i biurowych należących do Nadleśnictwa Gostynińskiego. Nasza przejażdżka po szosie nie trwała długo. Zaraz za Nadleśnictwem skręciliśmy w lewo, ku pięknej, acz nierównej leśnej drodze (szlak niebieski). Wśród cieni drzew i śpiewu ptaków dotarliśmy do rozwidlenia leśnego duktu, przy którym stało wielkie „poskręcane” drzewo (ciekawa anomalia przyrodnicza) i mała kapliczka, więc co niektórzy z nas zostali w tyle, aby się pomodlić o bliski koniec męczarni.

Od tego miejsca ruszyliśmy dalej jedną z leśnych dróg, ku mostowi, który łączy brzegi gostynińskiej rzeki Skrwy Lewej. Zmierzyliśmy szerokość rzeki i udaliśmy się naprzód malowniczą, piaszczystą drogą wśród łąk i pól. Na tym odcinku naszej trasy podziwialiśmy okazałą lipę - pomnik przyrody, który znajdował się przy pensjonacie „Pod Lipą”. Stąd już bardzo blisko było do jeziora Lucieńskiego, jest to jedno z większych i dobrze zagospodarowanych jezior Pojezierza Gostynińskiego. Tam po zachodniej stronie jeziora wpadliśmy w podziw, oczarowani spostrzegawczością naszych opiekunów, którzy zorientowali się, że jesteśmy „lekko” zmęczeni i zarządzili półgodzinny postój.

Po miłych chwilach spędzonych wśród szumu boru sosnowego i przyjemnych podmuchów wiatru znad wody, ponownie ruszyliśmy w trasę. Naszym oczom ukazała się równa i długa asfaltowa droga. Tą drogą skierowaliśmy się ku jezioru Białemu. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że nie doceniamy naszych kochanych nauczycieli, którzy ponownie zarządzili postój.
Po kilkudziesięciu minutach spędzonych nad brzegiem jeziora Białego udaliśmy się w dalszą drogę. Tu naszym oczom ukazała się piaszczysta, wąska droga. W czasie przeprawy przez ten piękny odcinek trasy napotkała nas mała przeszkoda w postaci burzy piaskowej, którą spowodował nie tylko wiatr, ale i również koła naszych rowerów. Na szczęście nikt zbytnio nie ucierpiał.

Po tej przygodzie, odetchnęliśmy, gdy znowu wjechaliśmy do lasu. Kierowaliśmy się ku następnemu jezioru, najmniejszemu ze wszystkich, jakie do tej pory mijaliśmy o nazwie Sumino. Okazało się, że dojazd do niego jest bardzo stromy. Prawie powpadaliśmy do jeziora zjeżdżając z górki. Mimo wszystko warto było, bo nasi nauczyciele zarządzili następny postój przy brzegu jeziora. Tam okazało się, że jeziorko jest odrobinę brudne, a pan Gajewski daje dodatkowe punkty za czyszczenie go. Niektórzy z nas zabrali się do tego z wielkim zapałem. Mimo, że całego jeziora nie posprzątaliśmy, to pozbawiliśmy je kilku zbędnych papierków, i dumni z dobrego uczynku pojechaliśmy dalej.

Przebyliśmy spory kawałek drogi czerwonym szlakiem, nasz wcześniejszy entuzjazm gdzieś wyparował, powoli, z niemałym wysiłkiem wracaliśmy do domu. Znaleźliśmy się przy przejeździe kolejowym na drodze do Płocka. Pojechaliśmy koło torów wąską i mokrą ścieżką. Nagle naszym oczom ukazał się znajomy widok. Droga obok torów, od której zaczęliśmy naszą wycieczkę. Nie minęła nawet chwila, gdy z bolącymi różnymi częściami ciała i z uśmiechami na twarzach wróciliśmy do domu.
Wycieczka kosztowała nas trochę wysiłku, ale była ciekawa i wesoło się na niej bawiliśmy.