Relacja z Londynu
London city aaaaaaa!
W sobotę 19 marca o godzinie 10:00, po kilku tygodniach, a może nawet miesiącach wyczekiwania i czynienia wszelakich przygotowań (w tym co najmniej dwóch dniach intensywnego pakowania się z sześciokrotnym sprawdzaniem, czy aby na pewno wszystko wzięliśmy) grupa uczniów naszego gimnazjum wsiadła do dużego autobusu Orbis Travel i wyruszyła na (jak w przypadku większości, w której skład wchodzi także niżej podpisana) najdalszą podróż swojego młodego życia.
Młodzież - a przynajmniej ta jej część, której przyszło oglądać białe klify Albionu po raz pierwszy - pełna dramatycznych obaw, jak to jest w tak zwanym „wielkim świecie” (i tu mały nacjonalistyczny manifeścik - Polska też wielki świat!), czy poradzi sobie w kontaktach międzyludzkich z liczną rzeszą obcokrajowców, których przyjdzie jej spotkać, wreszcie: czy odnajdzie się na zatłoczonych i poplątanych ulicach Londynu, który wielkim miastem z pewnością jest (jak była uprzejma nas poinformować pani Przewodnik - mniej więcej wielkości kwadratu o boku 40 km), przemierzała w tym osobliwym wehikule, jakim jest autobus, polskie, niemieckie, holenderskie, belgijskie i francuskie drogi, autostrady, a niekiedy - już na pieszo - stacje benzynowe w poszukiwaniu toalety, przepłynęła promem „Duma Kentu” kanał La Manche, by wreszcie ujrzeć zwiastun celu swej podróży - wyżej wymienione białe klify. Jako że podróż była dobrze zorganizowana, a i rozrywek nam nie brakło (pani przewodnik wyświetliła nam kilka ciekawych filmów, zarówno fabularnych jak i dokumentalnych), wszyscy względnie dobrze ją znieśli i - co najważniejsze - nie narzekali, nawet wtedy, gdy trzeba było przedstawić zegarek na godzinę wcześniej („co ja tu robię o ósmej rano?? Jak płynęliśmy promem była dziewiąta!!!”). Krajobraz, który zobaczyliśmy tuż po wjeździe na Wyspę - rozległe pastwiska i tereny zielone - też, chcąc nie chcąc, podziałał na nas uspokajająco (z tego, co mi wiadomo, tubylcze owce, również odprężone, a przynajmniej na takie wyglądające, nie narzekały na nasze pojawienie się - widocznie już się przyzwyczaiły do wciąż przejeżdżających autobusów, którym nie mogą się nawet porządnie przyjrzeć). Ponieważ nasz wehikuł poruszał się dość szybko, już niedługo znaleźliśmy się w pierwszej dzielnicy Londynu, jaką oglądają strudzeni przybysze z południa - Greenwich. Jest to jedna z zieleńszych części Londynu - rozległe trawniki, dużo drzew i, przede wszystkim, Park Greenwich, w którym znajduje się Obserwatorium Astronomiczne i przez który przebiega niemniej słynny południk zerowy. Tam mieliśmy okazję dowiedzieć się, jak wspaniałym uczuciem jest stać jedną nogą na półkuli wschodniej, a drugą na zachodniej (chociaż ja nie odczułam zmiany półkuli, ciekawe jak to było z innymi uczestnikami wycieczki? :). Po tzw. chwili dla reporterów, która, jak się pewnie domyślaliśmy, jest już tradycją, udaliśmy się nad Tamizę, by obejrzeć legendarny statek - Cutty Sark. Następnym punktem programu był rejs po Tamizie statkiem pasażerskim wyposażonym w dostatecznie dużą liczbę okien, byśmy mogli podziwiać budynki i mosty będące symbolami Londynu (Tower Bridge, Tower of Londyn, wieżę Big Bena, Parlament...) i robić im zdjęcia.
Rejs ten nie był taki sobie bez celu - miał dowieźć nas na jeden z londyńskich mostów, byśmy, przekroczywszy go, mogli wsiąść do słynnego London Eye - czyli po polsku mówiąc odbyć podróż dookoła olbrzymiego (30 m. średnicy) diabelskiego młyna w wersji zwolnionej, zamknięci w szklanych kopułach, w celach obserwatorskich i fotograficznych. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, wbrew słowom Londyńczyków, nie zobaczyliśmy Australii :( Może to przez tę mgłę... W każdym razie mieszkańcom Australii nie jest chyba z tego powodu bardzo przykro, bo kto by chciał być obserwowany z jakiegoś diabelskiego młyna w jakimś Londynie.
Następnym miejscem, do którego skierowaliśmy swoje kroki (albo do którego autobus skierował swoje koła, a raczej ślady swoich kół... nieważne), było Muzeum Brytyjskie. Przed wejściem do niego ujrzeliśmy budynek, który w „Roku 1984” George'a Orwella pełnił funkcję Ministerstwa Prawdy , a wewnątrz same ciekawe historycznie rzeczy: mumie, sarkofagi, rzeźby, kamienie z hieroglifami, elementy uzbrojenia, biżuterii, zastawy stołowej, i tak dalej, i tak dalej. Jako że w British Museum robienie zdjęć było jak najbardziej dozwolone, prawie każdy z nas w swej kolekcji posiada jakieś malownicze zdjęcia zmumifikowanych ciał lub starożytnych dzbanów, a także zdjęcie wewnątrz olbrzymiej czytelni, w której wrażenie robiła nie tylko ilość książek, ale także atmosfera.
Po kilkugodzinnym pobycie w olbrzymim Muzeum wreszcie przyszedł czas na zakwaterowanie. I tym razem organizacja nie zawiodła, co zawdzięczamy pani Banach, która wszystko załatwiła i dopięła na ostatni guzik. Mieszkaliśmy w małej dzielnicy Streatham, która przypominała małe miasteczko w tym nieco większym. Mimo zabudowy szeregowej (domki wyglądały jak sklonowane :) i plątaniny uliczek bezpiecznie znaleźliśmy się u swoich host families, gdzie zjedliśmy kolację i, jedni wcześniej, drudzy później, zapadliśmy w zasłużony sen.
Następnego dnia opuściliśmy gościnny Londyn, by udać się do rodzinnego miasteczka Szekspira - Stratford-upon-Avon. Na szczęście okazało się ono równie gościnne. Obejrzeliśmy miejsce urodzenia poety, w którym obecnie znajduje się muzeum mu poświęcone. Jednym z najciekawszych, według mnie, eksponatów, była szyba z jego domu, na której podpis swój wyryli sławni pisarze, poeci i artyści. Po zwiedzeniu domu Szekspira (i zakupie pamiątek, spośród których dużą popularnością cieszyły się białe długopisy z tytułami sztuk Szekspira), dostaliśmy trochę wolnego czasu na stratfordzkim deptaku, gdzie również poczyniliśmy zakupy oraz uzupełniliśmy zapasy żywności.
Kolejnym miejscem, jakie przyszło nam odwiedzić na tej drodze naznaczonej filmami dokumentalnymi i widokiem pastwisk zza okna, było miasteczko studenckie - Oxford. Tam mogliśmy sprawdzić, czy nadajemy się na pracowników wywiadu. Ponieważ na uniwersytetach trwały wykłady, mieliśmy na ich terenie udawać, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, nie jesteśmy grupą i w ogóle zastanawiamy się, skąd się wzięli tacy dziwni ludzie i czemu weszli tuż za nami. Większości z nas się udało, jednak jeśli o mnie chodzi, to mam dla Was, drodzy Czytelnicy, drobną radę: jeśli już będziecie pracować dla MI6, pamiętajcie, żeby w ŻADNYM miejscu nie wchodzić w pierwsze lepsze drzwi, jakie widzicie, bo zostaniecie zdemaskowani, jako i ja zostałam.
Taki spacer po uniwersytetach potrwał jeszcze jakiś czas, po czym nastąpił upragniony czas wolny. Jak zwykle dokonaliśmy drobnych zakupów (lub przynajmniej szturmu na sklep kosmetyczny/odzieżowy/z zabawkami/z pamiątkami, nie mającego pożądanego przez sprzedawców skutku w postaci zostawionych w kasie grubych funtów), przyszliśmy na umówione miejsce, odliczyliśmy się u naszych dzielnych opiekunów i wróciliśmy do autobusu, który natychmiast pojechał do Londynu.
Kolejny, czwarty już dzień naszej wycieczki, był dniem z serii muzealno-spacerowych. Pierwszym miejscem, które zaszczyciły nasze stópki, było muzeum figur woskowych Madame Tussaud's (swoją drogą, nastąpiła tam mała eksplozja bomby językowej - w angielskim mieście, przed muzeum - Francuzki, odmówiliśmy po niemiecku Węgrom, którzy chcieli przyłączyć się do naszej grupy :) ). Z plakatów porozwieszanych na ścianach budynku dowiedzieliśmy się, że dla każdego odwiedzającego Muzeum ma darmową powietrzną gitarę (z możliwością oddzielnego kupna pokrowca), na której można zagrać w towarzystwie figury Justyna Hawkinsa, wokalisty, delikatnie mówiąc, dziwnej, grupy The Darkness. We wnętrzu muzeum napotkaliśmy natomiast Britney Spears wspinającą się po metalowym pręcie, Beyonce Knowles w tanecznej pozie, George'a Clooneya patrzącego ciepło w pustkę po drugiej stronie stołu, Terminatora w pozie mówiącej: „Stawiasz się?!”, Beatlesów, Alberta Einsteina, rodzinę królewską, małego Mozarta, zwisające na stryczkach ciała, anonimowych heretyków łamanych kołem... no dobrze, dobrze, już przestaję...
Drugim muzeum zwiedzanym tego dnia było Muzeum Historii Naturalnej, gdzie oglądaliśmy szkielety dinozaurów, skamieniałości prehistorycznych zwierząt, wypchanego ptaka dodo, wzięliśmy udział w symulacji trzęsienia ziemi i wielu zabawach interaktywnych ułatwiających dzieciom zrozumienie trudnych zagadnień biologii i geografii. Potem przyszedł oczywiście czas wolny, który poświęciliśmy w większości na odpoczynek.
Po wyjściu z Muzeum poszliśmy na spacer, między innymi do parku św. Jakuba (gdzie, jak na niemal każdej powierzchni zielonej w Londynie, rosły żółte żonkile) i wzdłuż ulicy Whitehall, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć przed pałacem Buckingham, w którym w tym samym czasie urzędowała, nieświadoma niczego, królowa, a następnie wróciliśmy do naszych domów.
Środa, przedostatni dzień pobytu w Anglii, miał zacząć się dla nas pod znakiem krwi, dżumy, Inkwizycji i ognia. Niestety, do Muzeum Horroru nie mogliśmy wejść od razu. Nic to jednak dla naszych chwalebnych Organizatorów, którzy wykonali prężny odwrót do Twierdzy Tower. Obejrzeliśmy tam skarbiec i zbrojownię królewską, a następnie wróciliśmy do Muzeum Horroru. Na dobry początek zostaliśmy ustawieni do zdjęcia, które przedstawiać miało masową egzekucję (zabijani zabijają :) ). Następnie pewna dziwna kobieta wprowadziła nas do labiryntu, którego ściany stanowiły lustra, w związku z czym trochę czasu zajęło nam wydostanie się stamtąd :) Jednak gdy wreszcie nam się udało, zostaliśmy poprowadzeni przez najciemniejsze zakamarki historii Londynu (epidemia czarnej śmierci i pożar w roku 1666, Kuba Rozpruwacz...) prosto do... jak zwykle, sklepiku, w którym można było zakupić zdjęcia wykonane na samym początku i wiele innych drobiazgów z piekła rodem.
Żeby było dziwniej, z miejsca przeklętego (lub raczej mającego za takie uchodzić) udaliśmy się w miejsce święte, czyli do katedry Świętego Pawła. Tam, po 530 stopniach weszliśmy na szczyt jej kopuły, skąd rozciągała się panorama Londynu w całej okazałości. Jeśli komuś udało się zejść na dół, mógł zejść do katakumb, gdzie w ścianę wmurowana jest tablica ku czci polskich lotników, którzy walczyli w obronie Wyspy. Natomiast w głębi kościoła można było posłuchać próby kwartetu smyczkowego z tenorem i sopranistką.
Po wyjściu z Katedry św. Pawła udaliśmy się prosto do domów, by dobrze przygotować się do odjazdu, który miał nastąpić następnego dnia.
W czwartek pojechaliśmy do Windsoru, by zwiedzić zamek pod nieobecność królowej. Bogate wnętrza, liczne obrazy i piękna zastawa stołowa z pewnością zrobiły na nas duże wrażenie, jednak wszyscy byliśmy już zmęczeni. Czekała nas przecież bardzo długa droga do domu.
Do Gostynina dotarliśmy w piątek około 15:00 - wyczerpani, ale pełni wrażeń, którymi do późnego wieczora i przez kilka następnych dni męczyliśmy domowników.
Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję do organizatora tej wycieczki, Pani Anny Banach, oraz do opiekunów Pani Agnieszki Matus, Pana Witolda Michalskiego i Pana Andrzeja Nadwodnego.
Agata Grzybowska klasa IIB
|