Gimnazjum nr 2 w Gostyninie:

INNA TWARZ NAUCZYCIELA


„JECHAŁEM NA MAKSIMUM SWOICH MOŻLIWOŚCI”
- wywiad z panem Sławomirem Lasotą, nauczycielem informatyki
w Gimnazjum nr 2 im. Polskich Noblistów w Gostyninie


Nikt z uczniów nawet się nie domyślał, że za komputerem w szkolnej pracowni siedzi kolarz odnoszący sukcesy w ogólnopolskich wyścigach...

Agata Grzybowska: Czy mógłby Pan w kilku słowach przybliżyć naszym czytelnikom ideę rowerowych maratonów górskich?
Sławomir Lasota: Maraton górski to, jak sama nazwa wskazuje, wyścig w terenie górzystym, z dużymi przewyższeniami, najczęściej po bezdrożach, ścieżkach leśnych, łąkach, na zamkniętej pętli liczącej 40-60 km. Zawodnicy decydują w trakcie jazdy, czy pokonają jedno, czy dwa okrążenia.
Charakterystyczne dla BikeMaratonów jest to, że wszyscy zawodnicy, niezależnie od płci, wieku i umiejętności, stają wspólnie na starcie (często jest ich grubo ponad 1000). Dopiero na mecie klasyfikowani są w odpowiednich kategoriach wiekowych. W maratonie może wystartować każdy: jeżdżą zawodowcy (np. Marek Galiński - mistrz Polski w MTB, Cezary Zamana - zwycięzca ubiegłorocznego Tour de Pologne), zawodnicy z klubów kolarskich, a także amatorzy o różnym stopniu zaawansowania.
AG: A teraz już pytania na gorąco: Czy niedzielne zawody w Bydgoszczy można uznać za udane?
SL: A dlaczego akurat zawody w Bydgoszczy?
AG: Ponieważ odbyły się one w niedzielę, a dzisiaj mamy czwartek.
SL: Dla mnie osobiście udane, natomiast kilku zawodników połamało ręce, porozbijało głowy... niewątpliwie oni uważają inaczej. Ja zająłem piętnaste miejsce w swojej kategorii, jechałem na maksimum swoich możliwości, wobec tego dla mnie były udane.
AG: To bardzo dobrze! A propos tych połamanych rąk i porozbijanych głów: czytałam, że trasa, którą Pan pokonywał w Mazovia MTB Tour była bardzo ciężka. Kolarze wracali z niej poturbowani, czarni od kurzu, ale uśmiechnięci. Jak było z Panem?
SL: Mazovia jest specyficznym rodzajem maratonu - główną trudnością do pokonania były tu mazowieckie piaski. Podczas wyścigu w Otwocku tumany kurzu unosiły się na wysokość 10-15 metrów, wobec tego wszyscy wrócili umorusani. Ciekawostką jest to, że było kilka rodzajów kurzu: był kurz czarny, biały, a nawet kurz czerwony. Ja wróciłem bardzo zmęczony, ponieważ dopadły mnie trudności techniczne - dwa razy złapałem tak zwaną gumę, straciłem około dwudziestu minut na wymianę dętek, na mecie wyglądałem jak górnik przodowy, z wątpliwym trofeum w postaci dwóch dętek przewieszonych przez ramię. Niestety straciłem w tym wyścigu szansę na zajęcie 4 miejsca w klasyfikacji generalnej.
AG: Kontynuując temat wypadków: czy kiedykolwiek miał Pan poważny wypadek podczas jazdy rowerem? A może któryś z wypadków, który się Panu zdarzył, był wyjątkowo zabawny i jest przedmiotem kpin rodziny?
SL: Na szczęście groźne wypadki mnie omijają, zdarzają się tylko, normalne w tym sporcie, otarcia kolan czy łokci, kilka razy przy ostrym hamowaniu przeleciałem przez kierownicę rozstając się na chwilę z ukochanym rowerem. Natomiast do zabawnych zdarzeń (z perspektywy czasu - wtedy wcale nie było mi do śmiechu) mogę zaliczyć długie szybkie zjazdy w jednym z pierwszych maratonów w Kielcach. W pewnym momencie zorientowałem się, że zjeżdżam tak szybko, że hamulce nie są w stanie spowolnić roweru. Kiedy dodatkowo zobaczyłem w dole ostry zakręt, którego nie da się pokonać z tą prędkością pomyślałem: „Gdzie ratownicy i pogotowie?” Wymyśliłem sposób: pojadę prosto, rosną tam gęste krzaki, na pewno się na nich zatrzymam. Tak też zrobiłem. Prędkość zjazdu była jednak tak duża, że przebiłem się przez zarośla i pojechałem dalej prosto, w ogóle nie zwalniając. Skończyło się na kilku zadrapaniach. Od tej pory moja technika zjazdów znacznie się poprawiła, myślę że za rok kieleckie zjazdy to będzie spacerek... Śmieszne zdarzenia łatwo zaobserwować na mecie: np. zawodnik wracający tylko w lewej połowie kasku, na samych obręczach kół lub bez siodełka.
AG: Bierze Pan udział w wielu maratonach i zawodach: Intel Powerade Bikemaraton, Mazovia MTB Tour, Finał Family Cup... W tym ostatnim zajął Pan 10. miejsce w swojej kategorii. To imponujący wynik. Jak dużo trenował Pan przed zawodami i jak dużo trenuje na co dzień?
SL: (po chwili namysłu) Z Family Cup to zupełnie inna historia. Na co dzień jeżdżę w maratonach, czyli w wyścigach, które są długie, około 100-110 kilometrów, natomiast Family Cup jest to tzw. wyścig XC, czyli cross country. Trasa jest tam dosyć krótka, około 20 kilometrów, ale techniczna, jest to raczej sprint rowerowy. Do takich wyścigów trenuje się trochę inaczej niż do maratonów. W zasadzie do Family Cup nie trenowałem specjalnie, natomiast do maratonów... Trening wygląda w ten sposób, że przemierzam pięć razy w tygodniu trasy od 80 do 120 kilometrów. Trudnością nie jest sam długi dystans lecz utrzymanie przez cały czas szybkiego tempa. W tym roku przejechałem już około 9 tysięcy kilometrów. Oczywiście najlepiej, jeśli jest to trening w terenie, chociaż czasem zdarza mi się jeździć również po asfalcie.
AG: Mówił Pan o sprincie rowerowym. Chciałabym wiedzieć, jaką prędkość udało się Panu rozwinąć na tych dwudziestu kilometrach.
SL: Jeżeli chodzi konkretnie o finał Family Cup, to wybrano trasę położoną na stoku narciarskim, wobec tego bardzo ostre i długie podjazdy nie pozwoliły na osiągnięcie imponujących prędkości. Moja średnia prędkość wynosiła około 18 km/h, natomiast średnio w treningach osiągam prędkość około 30 km/h. Trasę 120-kilometrową pokonałem kiedyś w 4 godziny...
Zwykle średnia prędkość w maratonach górskich jest mniejsza o 10-12 km/godz. od maratonów płaskich, ale nic dziwnego, skoro w Przesiece maraton rozpoczynał się 12-kilometrowym podjazdem. U nas takich nie ma.



AG: Jakimi trasami najbardziej lubi Pan jeździć? Czy ma pan ulubione szlaki gdzieś w okolicy Gostynina?
SL: Moje trasy treningowe przebiegają blisko Gostynina, mam takie dwie czy trzy często przeze mnie używane, na przykład jedna z nich biegnie przez Solec, Łanięta, Strzelce, Korzeń, Szczawin Kościelny, Matyldów, Sendeń, Duninów - taka pętla dookoła Gostynina. Jest to trasa o długości około 100 kilometrów. Miejscowa ludność już mnie rozpoznaje, dzieci mówią „dzień dobry”... (śmiech). Jeśli zaś chodzi o miejsca atrakcyjne z punktu widzenia kolarza górskiego, to nasze okoliczne lasy są stworzone do jazdy rowerem górskim, trasy mamy tutaj piękne. Jedną z ładniejszych tras, również niedaleko Gostynina, są ścieżki Brudzeńskiego Parku Krajobrazowego. Teren jest tam bardzo zróżnicowany, są wąwozy, przecinające drogę strumyki i ostre podjazdy...
AG: Mówi się, że woli Pan dłuższe dystanse. Czy to prawda? Jeśli tak, to dlaczego i jak długie?
SL: Wiadomo, że najlepszymi sprinterami są zawodnicy w wieku typowo sportowym, czyli 20 do 30 lat. Im człowiek starszy, tym mniej szybki, a bardziej wytrzymały. Ja na przykład dobrze czuję się dopiero po 30-40 kilometrach jazdy. Najlepsza długość trasy dla mnie to około 120 kilometrów. Mam wtedy największe szanse na dobry wynik.
AG: Przejdźmy teraz do innego tematu pytań. Chciałabym wiedzieć, skąd w ogóle wzięła się u Pana taka pasja. Ile lat Pan miał, gdy zaczął interesować się kolarstwem
SL: Wyobraźcie sobie piękne góry, mgły snujące się między wierzchołkami, szumiący las, śpiewające ptaki, kwitnące łąki, a dookoła setki ludzi ogarniętych podobną do mojej pasją. Kolarstwo górskie może być przygodą, aktywnym spędzaniem wolnego czasu, a gdy dodamy jeszcze do tego żyłkę rywalizacji - to może być sposób na życie. Początki pasji sięgają zapewne dzieciństwa, z tym, że wtedy, kiedy byłem dzieckiem, nie mogłem sobie pozwolić na prawdziwy rower, wobec tego ograniczałem się do jazdy turystycznej. Natomiast tak naprawdę tę pasję odkryłem dopiero niedawno. Pierwszy wyścig, w którym startowałem, to ubiegłoroczne Cross Country w Brudzeniu. Zająłem w nim trzecie miejsce i to rozbudziło we mnie pewne emocje sportowe. Na poważnie zacząłem trenować w tym roku: najpierw na trenażerze w zimie, a później już w terenie.
AG: Słyszałam, że zdołał Pan „wciągnąć” w swoją pasję młodszego brata. Jak do tego doszło? Od jak dawna podziela Pańskie zainteresowania?
SL: W zasadzie już w ubiegłorocznym wyścigu w Brudzeniu startowaliśmy razem. Trudno mówić zatem o tym, że to ja go „wciągnąłem”. Natomiast musiałem konkurować z kolegami brata, by wybrał właśnie ten sport, ponieważ interesuje się także innymi, na przykład free divingiem, czyli nurkowaniem bezdechowym. Na razie czynię to z powodzeniem (uśmiech).
AG: Jak reszta rodziny reaguje na Wasze wyprawy? Bo słyszałam również, że często urządzacie sobie wycieczki w odległe krańce Polski w celu treningu.
SL: Mam ogromne wsparcie u żony, zawsze jeździ ze mną, spełniając rolę „nadwornego fotografa” (śmiech), przygotowując żywność, pilnując samochodów i sprzętu... Córka interesuje się tylko wynikami, raczej nie jeździ z nami. Zawody odbywają się w różnych regionach Polski: w Gdańsku, Karpaczu, Krakowie, Wiśle, Zakopanem. Wspólne wyjazdy z bratem powodują, że koszty wypraw są niższe. Kolarstwo górskie nie należy bowiem do tanich sportów.
AG: No właśnie. Bardzo często mężczyźni marzą o jakimś konkretnym samochodzie lub sprzęcie związanym mniej lub bardziej z ich zainteresowaniami. Czy ma Pan jakiś wymarzony model roweru, który szczególnie chciałby Pan posiadać?
SL: Rower, który mam, jest już pewnym urzeczywistnieniem moich marzeń. Kiedyś, jako dziecko, nie mogłem sobie pozwolić na profesjonalny sprzęt, natomiast mój jest już całkiem przyzwoity. Owszem, chciałbym mieć rower na ramie karbonowej, lekki, lżejszy od mojego o jakieś 2-3 kilogramy, taki, jaki ma czołówka polskich sportowców, lecz, niestety, taki rower to wydatek rzędu 20 tysięcy złotych, więc na razie pozostanie tylko marzeniem.
AG: Jak Pan myśli, jakie cechy charakteru powinien mieć kandydat na zawodowego kolarza? Czy może nim zostać każdy, kto lubi jeździć rowerem, czy potrzebne są specjalne predyspozycje np. w budowie ciała?
SL: Tego nie wiem tak do końca, bo jestem absolutnym amatorem. Słynny trener Joe Friel, autor „Biblii kolarza górskiego” pisze, że być może najlepszy kolarz świata w tej chwili siedzi wygodnie w fotelu, pali papierosa, pije whisky i ma 30 kilogramów nadwagi... wszystko dlatego, że nigdy nie trafił na właściwy sport, nawet nie wie, że mógłby być najlepszym kolarzem. Decyduje zatem często przypadek, zamiłowanie do danego sportu. Za najważniejszą cechę u kolarza, szczególnie rozpoczynającego przygodę z tym sportem, uważam upór... Kondycja fizyczna, umięśnienie, szybkość, wytrzymałość - te cechy można wytrenować. Natomiast koniecznie trzeba być zdyscyplinowanym, upartym, wiedzieć, czego się chce... Kandydata na kolarza górskiego czekają duże wyrzeczenia, na przykład trzeba kilka razy w tygodniu trenować, niezależnie od tego, czy pada deszcz czy jest zimno...
AG: Ostatnie pytanie: czy ma Pan jakiegoś idola w rowerowym światku?
SL: Bardzo cenię nasze dziewczyny, które uprawiają kolarstwo górskie, szczególnie Maję Włoszczowską, wicemistrzynię świata w tej dyscyplinie.
AG: Bardzo dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę dalszych sukcesów kolarskich.
SL: Ja również dziękuję. Do widzenia.


mgr inż. Sławomir Lasota, nauczyciel informatyki w Gimnazjum nr 2 im. Polskich Noblistów w Gostyninie.
Tegoroczne sukcesy kolarskie:
17 miejsce w kategorii M4 (na 380 sklasyfikowanych) w Intel Powerade BikeMaraton
6 miejsce w M4 (na około 100 sklasyfikowanych) w Mazovia MTB Tour
10 miejsce w finale ogólnopolskim Kross Family Cup

Agata Grzybowska, uczennica klasy III B Gimnazjum nr 2 im. Polskich Noblistów Gostyninie



Copyright: 2003 SLAW